niedziela, 2 października 2016

♦13 znaków♦Karu

   Rozdział:2

(Karu)


Mężczyzna zabrał mnie do wojskowego pojazdu.Otworzył tylnie drzwi i wepchną mnie do środka po czym sam weszedł.Dał znak kierwcy żeby ruszysz.Podczas drogi wyciągną telefon i do kogoś zadzwonił.
-Słuchaj mam problem.-zaczą mężczyzna-Taaa przeżył tylko jeden.No co Ty przecież dziecka nie zabije.No dobra ale jak coś to nie moja wina.
Po chwili się rozłączył i spojrzał na mnie.
-Jak dobrze pójdzie to zostaniesz z nami.
Nic nie powiedziałem tylko spojrzałem na niego z przerażeniem.Jechaliśmy około trzech godzin.Kierowca zatrzymał się przed gigantycznym budynkiem wywołującym ciarki na plecach.
-Wysiadamy.-powiedział chłopdno.Nie protestowałem po prostu wysiadłem.
-Chodź za mną.-nakazał.
Weszliśmy dużymi drewnianymi drzwiami.Za nimi znajdował się labirynt drzwi oraz schody prowadzące w różne kierunki.Weszliśmy na schody prowadzące w lewo potem skęciliśmy w prawo.I jeszcze raz w prawo.Na końcu znajdowały się ostatnie metalowe drzwi.Po ich otwarciu znaleźliśmy się w dość dużym pokoju z ogromnym stołem ze stosem papierów.W końcie na krześle siedziała młoda dziewczyna około siedemnastu lat.Miała czarne jak noc włosy do ramion i takie same oczy.Czyściła pistolet.
-Jest twoja siostra?-zapytał facet.
-Co jej zrobiłeś?Jest tak wściekła że jak wejdziesz to nie wyjdziesz.-ukratkiem spojrzała na mnie a na jej twarz zakwitł złowieszczy uśmiech-Zawaliłeś sprawę?Jaki z Ciebie kretyn.
-Zaraz Ci przy...
-Czego się tak drzecie!
Do pomieszczenia weszła dziewczyna o długich czerwonych  oczach i tego samego koloru włosach spiętych w  kucyk.
-Kretyn przyniósł Ci bachora.-zaczęła szatynka.
-Czekaj czy to nie ten?-podeszła do mnie i spojrzała na moją szyję.Z prawej strony niedaleko od obojczyka miałem znamie w kształcie róży.
-Ty idioti!-krzyknęła czerwonooka-To nie ta rodzina!
-Takie podaliście mi namiary!-mężczyzna próbował się bronić.
Patrzyłem przez chwilę na kłucących się dorosłych.
-Dobra młody idziemy.-zakomendowała czarnooka podając mi rękę.Razem wyszliśmy z budynku i znaleźliśmy się za nim.Były tam rozstawione tarcze do strzelania z łuku oraz gigantyczny tor przeszkud.Zboku przy ścianie stło kilkadziesiąt rodzaji broni od kusz i proc po karabinu maszynowe.
-Tak właściwie to jestem Ario.A Ty?
-Karu.-odpwiedziałem niepewnie.
-,,Nadzieja''.-mamrotała.Dobrze a więc prowadzimy tu rekrutację po mimo że maszjakieś pięć lat już mogę ocenić twoje zdolności.Więc zaczniemy od...procy.
Podała mi drewnianą procę i kilka kamyków.
-Celuj w to.-pokazała palcem tarczę oddaloą od nas o dziesięć metrów.Położyłem kamyk i naciągnąlem po chwili puściłem a kamyczek wylądował w dwa metry od tarczy.
-Zero czucia przy naciąganiu...weź kuszę.
Ario pokazała mi jak ją trzymać.Po pięciu minutach byłem już gotowy.
-Strzelaj.
Nacisnęłem spust i trafiłem w środek tarczy.Próbowałem żucać małymi toparami i sztyletami.Dostałem do ręki pistolet oczywiście miniaturowy.
-No cóż za kilka dni przydzielony cię do którejś drużyn.Jesteś mały więc będziesz mieszkać ze mną i siostrą w tym budynku.Jak podrośniesz będziesz mieszkać już ze swoją ekipą.A teraz chodź idzemy coś zjeść i spać.



Autor: Naćpana Żelkami


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz